piątek

na różowo


czyli o mierzeniu wartości synów liczbą córek.

Kiedy obecni koreańscy idole i aktorzy przychodzili na świat, w ich rodzinach musiało być wielkie święto. Nie dlatego, że pewnie każdy z nich odznaczał się wielka urodą, ale dlatego, że byli to chłopcy. Jeszcze w latach 80 i na początku 90, w Koreańczykach bardzo silnie było zakorzenione przekonanie, że jedynie chłopcy to powód do prawdziwej radości w rodzinie. Wtedy to bowiem jeszcze grzmiały zewsząd powielane mądrości „ jeden syn jest warty 10 córek”, „najważniejszym zadaniem kobiety jest urodzenie syna”. Za urodzenie dziewczynek zgodnie z tradycją matki musiały przepraszać rodzinę, bo nie podołały zadaniu – urodziły bezwartościowe córki.

Tym oto niezbyt miłym wstępem postanowiłam, że popełnię nową serię na blogu: o kobietach. Pierwszy ( i mam nadzieję, że nie skończy się tylko na nim ) wpis z cyklu, będzie niejakim wprowadzeniem w sytuację koreańskich kobiet, coby sobie przygotować dobry grunt na inne tematy.

Wróćmy jeszcze do lat kiedy to nasi ulubieńcy ledwo co raczkowali, dlaczego akurat do tego okresu? Ponieważ właśnie w tym czasie zaczęły się przemiany, które doprowadziły do tego, że jak podano w czerwcu tego roku liczba kobiet  p o raz pierwszy zrównała się z liczbę mężczyzn [1] *od pierwszego spisu powszechnego z 1970 roku. Przedtem jednak nie było różowo. Było niebiesko, od koloru śpioszków i czapeczek. Korea jeszcze do niedawna przodowała razem z Chinami i Indiami w przewadze chłopców nad dziewczynkami. W 1990 roku na 116 chłopców przypadało 100 dziewczynek[1] ( dla porównania w Chinach najwięcej jak do tej pory było 117:100 ). W 1987 roku władze kategorycznie zakazały lekarzom ujawniania płci dziecka w badaniach prenatalnych, co i tak nie było przestrzegane, a i później uznano tez zakaz za niekonstytucjonalny … 

Zauważono jednak narastający problem i zaczęto reagować - w ciągu ostatnich 30 lat z inicjatywy władz przeprowadzono liczne kampanie społeczne zachęcające do jakby to nie zabrzmiało ... pokochania i akceptowania swoich córek. Dosłownie. Jednym z najbardziej znanych sloganów to zmienione powiedzenia, które przytoczyłam powyżejdobrze wychowana córka jest warta więcej niż 10 synów” i „Pokochaj swoją córkę”. Niestety nie znalazłam żadnych pozostałości tych kampanii, a szkoda. Z zachodniego punktu widzenia najbardziej jednak uderza ten pierwszy slogan, który tak naprawdę nie mówi, że dziewczynki są tyle samo warte co chłopcy – one nadal są bezwartościowe – zyskują tylko wtedy kiedy im się coś wpoi, nauczy, wychowa, zaprogramuje – a wychować dobrze to znaczy tak aby były ciche, uległe i bezkrytycznie posłuszne najpierw swoim rodzicom, później swojemu mężowi, a następnie synowi. Może chciano dobrze, ale wyszło jak zwykle, czyli po konfucjańsku, w myśl zasady, że kobieta musi być kierowana przez innych – czyli mężczyzn, bo inaczej biedaczka nie podoła, czemu? pewnie niczemu....


Jeśli ktoś zastanawia się dlaczego tak ważne było urodzenie syna – to pomijać już konfucjańską zasadę, że to najważniejszy obowiązek kobiety, potwierdzeniem jej wartości, na dokładkę przeświadczenie, że to wstyd dla mężczyzny go nie mieć, to posiadanie syna była dla rodziców inwestycją na stare lata. To on ze swoją żoną zostawał i opiekował się nimi. Córki szły do teściów i stawały się częścią rodziny męża i miały się zajmować nimi i ich domem. Synowie i ich żony także według zwyczaju płacili i  płacą nadal  regularne „kieszonkowe” rodzicom aby ich wspomóc finansowo. Rodzince małżonki na taką zapomogę liczyć nie mogli, a jeśli już to minimalną, wyciułaną pokątnie przez córkę, jeśli ta zarabiała. Jeszcze 25-30 lat temu ogromna liczba dorosłych mieszkańców miast, została wychowana na wsiach, gdzie szczególnie wyglądano synów, którzy bardziej nadawali się do pracy w gospodarce. 

Z czasem jednak zaczęło się coś zmieniać. Po kryzysie finansowym pod koniec lat 90 kobiety wyległy z domów, porzucając gary, dzieci i ruszyły pędem do pracy, gdyż mąż nie był w stanie sam utrzymać już rodziny. Okazało się, że kobiety pomimo iż zarabiają mniej i dostają mało prestiżowe posady mogą sobie nieźle radzić na rynku pracy, a może inaczej rzecz ujmując zmieniło się postrzeganie kobiet jako tych, które nadają się tylko do garów i obsługi pralek – zobaczono, że mogą pracować także zawodowo, zarabiać pieniądze i co najważniejsze być zupełnie niezależne, a tym samym mogą z powodzeniem pomagać rodzicom na starość. Jednak kamień milowy leżał gdzie indziej. Było nim zniesienie w 2005 roku hoju ( weszło w życie od 2008 ), czyli system rejestrów rodzinnych, które za głowę rodziny uznawały tylko mężczyznę niezależnie od jego wieku i do którego to były przypisane kobiety z nim spokrewnione ( matki, córki, babki ) lub spowinowacone (żony). Przedtem - a właściwie tak niedawno - dochodziło do takich absurdów, kiedy to mały chłopiec, albo co lepsze noworodek, będąc jednym mężczyzną w rodzinie miał więcej praw niż jego matka czy babka i miał teoretycznie najwięcej do powiedziana w sprawach rodzinnych.


No i co było dalej?  Po pierwsze Koreanki rzuciły się do nauki, aby robić przysłowiowe "kariery".  W 2006 roku 6 na 10 Koreanek kontynuowało naukę po szkole średniej, gdy w 1981 roku było to zaledwie 1 na 10. Do zamążpójścia tez się kobietom przestało spieszyć - w tym roku padł rekord w Seulu i średnia zamążpójścia wynosi tam 31 lat. Wiele kobiet nie dość ze nie chce mieć synów, to w ogóle nie chce mieć dzieci ( według badań ponad połowa zamężnych kobiet deklaruje, że nie widzą potrzeby posiadania dziecka) . Ci, którzy się na to decydują coraz częściej pragną dziewczynek,  .. miedzy innymi dlatego bo im to taniej wyjdzie ... tj. wydatki związane z ożenieniem syna przyprawiają rodziców o ból głowy i długi ... [1][2]

http://www.koreaherald.com/view.php?ud=20120320000935
Paradoksalne jest to, ze ta wielka chęć posiadanie „synusia” w latach 70/80 odbija się teraz dla wielu rodziców jak i samych mężczyzn bardzo gorzko: wielka dysproporcja liczby kobiet do mężczyzn spowodowała, ze brakuje kandydatek na żony dla Koreańczyków, wielu z nich nie znajdzie w swoim przedziale wiekowym chętniej do zamążpójścia kobiety ( 1 na 5 Koreańczyków do 2014 roku nie znajdzie z tego powodu małżonki), a zmiany społeczne sprawiły ze panie na rynku matrymonialnym są górą.  Przebierają, wybrzydzają, mają wysokie wymagania, które niełatwo sprostać coraz większej liczbie kandydatów, którzy muszą harować od rana do nocy, aby mieć jakakolwiek szanse aby ktokolwiek z panien łaskawie rzuciła na nich okiem. Gdy pieniędzy i kandydatek z Korei brak, sprowadza się kobiety z Azji Południowo Wschodniej i cała ta czystość koreańskiej/rodowej krwi o której tak zabiegano 30-40 lat starając się o syna trafia przysłowiowy szlag... Żeby tego jeszcze było mało kobiety nie chcą żenić się z pierworodnym synem ponieważ nie chcą mieć na karku teściów i stać się ich służącymi na posyłki, więc ci mają jeszcze bardziej pod górkę.

Nic dziwnego więc, ze według najnowszych badan”jedynie” 30% osób uważna posiadanie syna za istotne, w takim przekonaniu żyją głownie ludzie na wsiach, gdzie siła tradycji jest szczególnie trudna do zniwelowania i którzy de facto są najbardziej zainteresowani sprowadzaniem zagranicznych żon ( z założenia mają siedzieć w domu i wychowywać dzieci, bo Koreanki już tak coraz częściej nie chcą żyć, a jeśli już tak to u boku majętnego męża ). Na wsiach szukać nie ma co dobrych kandydatek, bo większość wyjechała na łowy matrymonialne do dużych miast. Tak nawiasem pisząc, kiedyś gdzieś czytałam, ze Seul to jedno wielkie skupisko singielek żądnych znaleźć sobie tam chłopa :D ...


* Inne źródła podają, że liczba kobiet przewyższyła liczbę mężczyzn już w 2011 roku.  
Źródła niewymienione w tekście:
[1][2]

Komentarze są moderowane. Wpisy z cyklu " link" + "zapraszam do mnie" będą usuwane.

4 komentarze:

  1. Ciekawie się czyta, więc mam nadzieje że napiszesz jeszcze duuuużo takich artykułów o kobietach w Korei. :)

    OdpowiedzUsuń
  2. ciekawe, ciekawe. może czas po faceta wybrać się do Korei... chociaż, cudzoziemki pewnie nie zechcą
    apropo - chłopców zawsze rodzi się więcej, później liczba ta zrównuje się, bo w wieku młodzieńczym/dojrzewania selekcja naturalna robi swoje.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeśli chodzi o chłopów, to polecam tych małorolnych, zapewne znajdzie się dużo chętnych :D A tak na serio to miałabyś spore szanse, bo cudzoziemki są w cenie, chociażby z tego powodu, że tak mało w porównaniu do Koreanek wymagają od przyszłego małżonka, szczególnie te z Zachodu, bo liczą się dla nich przede wszystkim uczucia i osobowość chłopaka (ewentualnie wygląd :), a nie od razu to na jaki dom/mieszkanie go będzie stać zaraz po ślubie i czy zapewni ich dzieciom pieniądze na najlepsze szkoły. Ta teoria nie jest wyssana z palca, bo kiedyś podawałam na Facebooku nawet link to takich badań, tj. że na cudzoziemki szczególnie miło patrzą Koreańczycy, którzy mało zarabiają, nie mają prestiżowych prac i z dobrym wykształceniem też u nich krucho ...

      Usuń
  3. Jeżeli mogę coś dodać, to w Indiach ten problem również występuje, ale z tego co mi wiadomo nie radzą sobie z tym tak dobrze jak Koreańczycy ( mam na myśli wprowadzenie zmian) niektóre kasty składają się wyłącznie z mężczyzn i ich starych żon, a od kobiety na wydaniu już tam nawet nie wymaga się posagu, po prostu tych kobiet tam nie ma.
    Iri

    OdpowiedzUsuń

Komentarze są moderowane.
Komentarze z linkami + "Zapraszam do mnie" będą usuwane.